Moonlight Animate Studio: komiks jako projekt na dysku
Przez ostatnie tygodnie desktopowy program rozrósł się z narzędzia do rysowania w coś znacznie szerszego: montaż wideo, rig postaci, timeline animacji, a od niedawna także pracę nad komiksem. Nazwa przestała za tym nadążać. Dziś przestała.
Program nazywa się Moonlight Animate Studio
I nazywa się tak wszędzie, gdzie widzi go system: plik programu, właściwości pliku, tytuł okna, skrót w menu Start, aktualizator. Wcześniej te miejsca mówiły różne rzeczy — instalator jedno, plik drugie, okno trzecie. To drobiazg, dopóki ktoś nie zobaczy w menedżerze zadań procesu, którego nie kojarzy z programem, który przed chwilą uruchomił.
Doszła też ikona — fioletowy rogal księżyca na nocnym niebie, ten sam znak, który nosi cała platforma. Program przestał wyglądać na pasku zadań jak bezimienna aplikacja.
Jedna rzecz celowo się nie zmieniła: miejsce, w którym trzymane są Twoje ustawienia. Układy
paneli, obszary robocze, zalogowane konto, lista ostatnich plików — wszystko zostaje na swoim
miejscu. Zmiana nazwy pliku programu nie może kosztować użytkownika wylogowania i utraty
konfiguracji, więc magazyn ustawień został tam, gdzie był. Podobnie stare linki mpainter://
działają dalej obok nowych manimate:// — zaproszenia do sesji współpracy wysłane tydzień temu
nie mogą nagle przestać działać.
Komiks przestał być jednym wielkim plikiem
To zmiana głębsza niż nazwa. Do tej pory otwarcie epizodu oznaczało wciągnięcie wszystkich stron do jednego dokumentu. Przy krótkim rozdziale to działa. Przy webtoonie na sto kilkanaście stron program musiałby trzymać w pamięci kilka gigabajtów danych obrazu naraz — i uderzał w limit rozmiaru płótna, zanim jeszcze zdążył się zadławić pamięcią.
Nowy model jest prostszy i wzorowany na tym, jak z komiksem pracuje się w profesjonalnych programach do tego przeznaczonych:
- komiks to folder z manifestem: tytuł, tryb czytania, domyślna geometria stron, lista epizodów;
- epizod to podfolder z własnym manifestem — listą stron w kolejności czytania;
- każda strona to osobny plik roboczy, tworzony dopiero wtedy, gdy pierwszy raz ją otworzysz.
W pamięci siedzi tylko ta strona, którą właśnie rysujesz. Reszta czeka na dysku. Sto stron przestało być problemem, bo program nigdy nie ma ich stu naraz.
Manifest pamięta też, która strona odpowiada której stronie na Moonlight. Dzięki temu wysyłka zaktualizowanego epizodu wysyła tylko te strony, które faktycznie zmieniłeś — nie cały rozdział od nowa. Przestawienie kolejności stron przeciągnięciem zapisuje się w manifeście, a nazwy plików zostają nietknięte, więc nic się nie gubi i nic nie trzeba przemianowywać.
Nowy komiks powstaje na dysku, nie w chmurze
Zakładanie projektu komiksowego przeniosło się tam, gdzie jest jego miejsce — do okna „Nowy", obok dokumentu i sceny animacji. Wybierasz format strony (są gotowe presety wraz z rozmiarami w milimetrach), liczbę stron, tryb czytania, spady i marginesy bezpieczeństwa, a przy trybie klasycznym także to, które strony sklejają się w rozkładówki i od której zaczyna się numeracja.
Projekt powstaje lokalnie. Kategorie, okładki, banery i tagi to sprawa publikacji, nie tworzenia — pojawiają się dopiero przy wysyłce na Moonlight. Rysowanie nie powinno zaczynać się od wypełniania metadanych.
Ekran powitalny, który faktycznie pokazuje pracę
Przy okazji: kafelki ostatnich prac pokazują teraz podgląd zawartości, a nie sam kolorowy prostokąt z nazwą pliku. Miniatury stron pobierane z serwera zaciągają się jako miniatury, a nie jako pełne obrazy — na dziesięciu stronach to różnica między osiemdziesięcioma kilobajtami a ponad megabajtem, i widać ją od razu przy wolniejszym łączu. Długie listy epizodów układają się w kilka kolumn dopasowanych do szerokości okna, zamiast ciągnąć się jedną kolumną w nieskończoność.
Co dalej
Następny krok to kadry — narzędzie do dzielenia strony na panele, z automatycznym przycinaniem rysunku do kształtu kadru i podglądem obszaru poza nim. Research mam za sobą, plan też. Robota zaczyna się teraz.